Ranking 2012
Top 10 - Omega Sport

Tabela

1 AZS Politechnika Gdańska Pietrzak Filip 57.5
2 Siwik Intertrade Fereniec Aleksander 52.5
3 Struga Racing Team Parużnik Wojtek 48.5
4 LKŻ Sława Kordek Janusz 45.5
5 Procad Racing Team Micewicz Tomasz 43.5
6 Biały Szkwał Nadolny Jerzy 42.5
7 AZS Politechnika Gdańska Sadowski Tymon 41.5
8 Struga Racing Team Szynkiewicz Andrzej 40.5
9 Hals Chodzież Siwiński Tomasz 39.5
10 Superkoszyk Saling Team Sokołowski Daniel 38.5

Top 10 - Omega Standard

Tabela

1 LKŻ Sława Łukowski Wojciech 57.5
2 AQUADUO KSW Hutnik Pogoria Bałazy Dariusz 52.5
3 Gandalf.com.pl AZS UEK Sailing Team Pacanowski Marcin 48.5
4 Wodna Pasja KSW Fregata Pogornia Stachurski Radosław 45.5
5 LIRA Saling Team Witkowski Przemysław 43.5
6 Struga Racing Team Markiewicz Michał 42.5
7 Chodzież Badowski Marek 41.5
8 AZS Politechnika Rzeczowska Inglot Piotr 40.5
9 OPTY Romaniak Piotr 39.5
10 KW LOK Zefir Skowron Sławomir 38.5




Władze

Statut

Dane

Historia klasy

Sylwetki

Artykuły

Po ciężkich zmaganiach z papierologią i klubową propagandą w dniu 06.07.03 r. udało nam się wyjechać z Wrocławia na podbój morza Bałtyckiego naszą drewnianą omegą. Miały być dwie, pojechała jedna, ale się  udało . To co przeżyliśmy podczas tego rejsu można już wpisać w kalendarz morskich opowieści. Tego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć. Mówili o mnie wariat, bo pcha się 27 letnią omegą na morze. A ja nie żałuję bo ten rejs dał mi tyle doświadczenia niż jakikolwiek inny.

Na początku, czyli jak to się tak naprawdę zaczęło

Surfując po Internecie zajrzałem na stronę klubową AZS-u Politechniki Wrocławskiej. Rejs drewnianymi omegami ??? I to w dodatku wzdłuż polskiego wybrzeża !!! Czemu by nie spróbować? Tak oto zaczęła się moja przygoda z klubem i tą wyprawą. Wysłałem maila do Piotra Kuźniara (organizatora wyprawy). Dostałem odpowiedź, iż nie ma przeszkód bym wstąpił w szeregi klubu, oraz włączył się w czynne prace przy omegach. Omegi są dwie „Bałamut” oraz „Drań”. Obie wspaniałe i z duszą prawdziwych drewnianych jachtów, których w dzisiejszych czasach próżno by szukać wśród laminatowych mydelniczek. Ktoś z zewnątrz kto przejdzie obok tych wspaniałych łódek zawsze spojrzy wzrokiem choćby na chwilę, by z podziwem stwierdzić iż te łódki mają coś w sobie. Lecz nie ma róży bez kolców. Najpierw trzeba było włożyć w to bardzo dużo pracy by efekt był zadowalający. Właśnie po to została wymyślona ta wyprawa. Jej celem było wyremontowanie zapomnianych omeg, które przez parę lat stały pod klubową wiatą, a uwieńczeniem sukcesu miał być rejs wzdłuż polskiego wybrzeża. Siłę remontową stanowili uczestnicy, którzy pod czujnym okiem bosmana, pana Kazimierza Mędrzejewskiego oraz Piotra Kuźniara, starali się doprowadzić omegi do stanu sprzed lat swojej świetności. Wtedy kiedy to budziły zachwyt wśród nowych adeptów żeglarstwa. Nic dodać i ująć, pomysł był świetny, a zawdzięczamy go Darkowi Kluczce, tak więc dziękujemy Ci Darku, niby ten rejs to nic wielkiego, a jednak …

Rejs


Z bosmanem Kaziem w Jacht Klubie AZS Fot. Ania Kurtno

Wyruszyliśmy w niedzielę 6 Lipca. Przed wyjazdem spakowałem jeszcze klubowe mapy, locję Polskiego Wybrzeża oraz skrzynkę bosmańską przygotowaną fachowo przez bosmana Kazia. Po jedenastu godzinach jazdy samochodem dojechaliśmy do mariny „Polmax” w Dziwnowie. Noc, która nas zastała postanowiliśmy spędzić na leśnym parkingu koło portu.

Następnego dnia z samego rana zabieramy się z Filipem i Anią do zrzucania łódki na wodę. Robimy to po raz pierwszy, więc cała ta operacja łącznie z taklowaniem zajmuje nam prawie sześć godzin. Gospodarzem mariny okazuje się być nasz rodak z Wrocławia, który na początku niechętnie nas przyjmuje. Kolejną noc śpimy w samochodzie, bo nasz gospodarz nie pozwala rozbić nam namiotów na terenie mariny. Następnego dnia dojeżdża reszta mojej załogi w składzie Agata Kurtno, Michał Kolasiński i  Kuba Werbliński. Planuję wizytę w kapitanacie portu w celu uzyskania protokołu zdolności żeglugowej. Podpływamy omegą do nabrzeża kapitanatu i wizyta okazuje się dość krótka. Najpierw zbieramy ochrzan od bosmana portu, że pływamy na żaglach w kanale portowym i w dodatku nie mamy silnika. Później dowiaduję się od kapitana portu, że nie ma dla nas dzisiaj czasu. Mamy zgłosić się jutro o ósmej rano. Wracamy więc z powrotem do mariny „Polmax”. Tam szybko interweniuję telefonicznie do Darka Kluczki. Tworzy się grupa wsparcia w składzie Darek, Jurek oraz bosman Kaziu, którzy to decydują się wysłać nam silnik elektryczny pocztą kurierską. Po południu przenosimy się na pole namiotowe, bo nie zamierzamy spędzać kolejnej nocy w samochodzie. Następnego dnia punktualnie o ósmej rano na pagajach podchodzimy do nabrzeża kapitanatu. Bosman portu zapowiada mnie u kapitana. Gdy wszedłem do biura kapitan spytał się bosmana co to za jednostka, po czym bosman stwierdził : „ To chyba wygląda na omegę kapitanie”. Sam kapitan wywarł na mnie sympatyczne wrażenie. Przywitał się ze mną, poprosił mnie o papiery do protokołu, po czy stwierdził, że zanim wypisze mi tą zgodę, to najpierw obejrzy mój okręt. Gdy już stanęliśmy przy omedze to jeszcze ze dwa razy potwierdził swoje spostrzeżenia pytając mnie, czy to jest faktycznie omega, czy coś innego. Zapewniłem go, że to jest najprawdziwsza Augustowska słomkowa omega. Potem nastąpiła odprawa, która była godna rejsu transoceanicznego. Trwała prawie godzinę. W tym czasie kapitan pisał protokół posiłkując się dziennikami ustaw, a my posłusznie czekaliśmy na odbiór kwitka. W międzyczasie przyszedł przedstawiciel GPK z pytaniem gdzie ma mnie odprawić. Stwierdziłem, że chyba do Kołobrzegu, ale będziemy nocować na plaży. Na to pogranicznik stwierdził, iż na plażę nas nie może odprawić bo musi wpisać konkretny port, tak więc formalnie zostaliśmy przy Kołobrzegu. Potem przyszedł bosman i poprosił mnie znów do biura. Kapitan nie miał zastrzeżeń do moich wszystkich papierków i wydał pozytywną opinię w protokole zdolności żeglugowej. Niestety nie zezwolił na wypłynięcie dzisiaj ponieważ wiatr 4-5 w skali B był zbyt mocny. Zgodnie z protokołem mogliśmy pływać maksymalnie do 4 w skali B. Cóż tyle zachodu, ale w końcu nie codziennie odprawia się tu drewniane omegi. Tak więc znowu wracamy do mariny i montujemy pantograf do naszego silnika, który został dostarczony wraz z innymi rzeczami przez grupę wsparcia pocztą kurierską. Kolejną noc spędzamy w naszym ukochanym Dziwnowie.

Następnego dnia mamy już piątek i optymistyczny wiatr 5 – 6 w porywach do 7 w skali B. Postanawiamy, że mamy już dosyć Dziwnowa i pakujemy omegę na przyczepę. Decydujemy się na wyjazd do Łeby. Docieramy tam po pięciu godzinach ciężkiej jazdy w upale. Nocujemy w przepięknej marinie jachtowej. Z samego rana zabieramy się za slipowanie naszej omegi. Tym razem jest nas więcej, tak więc idzie to nawet całkiem sprawnie. Po południu zgłaszam się u bosmana mariny. Prognoza to optymalne dla nas 4 w skali B. Proszę więc o zgłoszenie przez UKF do kapitanatu wyjścia omegi na redę. Bosman portu pyta mnie czy mam kartę bezpieczeństwa. Odpowiadam mu, że nie, ale mam świadectwo zdolności żeglugowej na P-2 do 4 w skali B na wyjście. A on na to, że dwa dni temu wywróciła się omega na morzu i nie zamierza po raz kolejny wzywać SAR-u, bo jest w porywach do 6. To 4 dla mnie wygląda na 3, ale nie kwestionuję decyzji bosmana i realizujemy plan B, czyli składamy maszt i wychodzimy na jezioro Łebsko zobaczyć jak pływa nasza omega. Tam oczywiście zaliczamy kilka razy szuwary i zmęczeni wracamy do mariny.


Marina Łeba fot. Filip Luczys

Kolejny dzień nie przynosi nam poprawy pogody. Z rana opuszcza nas Kuba, który wraca już do domu, a my znów zwiedzamy jezioro. Dopływamy do wydm Parku Krajobrazowego. Naprawdę jest co podziwiać. Może wrócimy tu za rok. Wieczorem dołącza do nas Bożenka.

Następny dzień to już półmetek naszej wyprawy. Na szczęście poniedziałek okazuje się być zbawienny w pogodę bo warunki do żeglugi są wręcz idealne. Wieje 2-3 w skali B, a stan morza oceniany przeze mnie na 1-2 ukazuje nam delikatne fale. W międzyczasie poznaję chłopaka, który wywrócił się omegą cztery dni temu. Ma na imię Dominik i mieszka w Łebie. Pływa laminatową omegą Uczniowskiego Klubu Sportowego z Łeby. Postanawiamy, że wyjdziemy razem w morze. W końcu udaje nam się wyjść za główki portu na pełne morze. Pierwsze wrażenia z pływania po morzu omegą są niesamowite. Obawy starej gwardii działaczy klubowych okazują się być bezpodstawne, gdyż nasz okręt dzielnie zachowuje się na morzu. Kierujemy się w stronę Rowów. Dominik postanawia pokazać nam wydmy, które są między Łebą, a Rowami. Płyniemy halsując pod wiatr  całą drogę. Docieramy tam po 4 godzinach ciężkiego orania morza. Zwiedzamy wydmy, które robią na nas piorunujące wrażenie. Powrót mamy fordwindowy i wracamy w niecałe dwie godziny.

Wyjście za główki portu Łeba fot. Ania Kurtno

Kolejny dzień spędzamy jeszcze w Łebie ćwicząc pływanie po morzu na redzie, a następnego dnia z rana postanawiamy płynąć w kierunku Władysławowa. Zgłaszam wyjście za pośrednictwem bosmana mariny do kapitanatu. Rozmowa jest krótka i trochę nietypowa, a wyglądała następująco:

  • kapitanat portu Łeba marina prosi
  • kapitanat zgłasza się
  • chciałbym zgłosić wyjście jachtu s/y Bałamut w zasadzie jest to omega do Władysławowa
  • a mają chłopcy jaja  (bosman mariny pyta mnie o to samo, na to ja mu odpowiadam że chyba tak, po czym on potwierdza)
  • mają
  • To niech płyną, bez odbioru !!!

Klarujemy się i wychodzimy. Przy kapitanacie wychodzi do nas bosman i od razu dostaję ochrzan za „M” w nazwie. Okazuje się, że nie ma „M” bo się odkleiło i nie można przeczytać nazwy jachtu. Obiecuję bosmanowi, że dokleję „M” przy najbliższej okazji. On pyta się jeszcze raz czy na pewno damy radę dopłynąć. Zapewniam go, że tak a jak będzie załamanie pogody to lądujemy na plaży i czekamy na poprawę. Jeszcze dostajemy życzenia spokojnej żeglugi i wychodzimy z główek portu. Wyjście mamy trochę utrudnione bo jest duża fala przybojowa i dość duży stan morza. Trochę  to zaczyna mnie przerażać, kiedy po wyjściu za główki portu widzę jak powoli zaczynają być widoczne białe grzywacze na falach. Wieje mocne 4 w skali B, a dla naszej omegi to już mały sztorm. Zaczęło się !!! Idziemy bajdewindem i każde zejście z fali kończy się mniejszym lub większym prysznicem z dziobu. Niektóre fale przechodzą przez kokpit i wychodzą rufą. Jesteśmy mokrzy i zmęczeni. Cały czas steruję, nikt nie chce się odważyć usiąść za sterem. Ręce bolą, bo są dość duże opory na sterze, ale cel musi zostać osiągnięty, więc twardo posuwamy się do przodu. Kurs bajdewindowy pozwala nam dopłynąć do Lubiatowa, jakieś pięć kilometrów za latarnią Stilo. Tam sztrandujemy na plaży i czekamy do rana.

Gdzieś za Latarnią Stilo fot. Ania Kurtno

Startujemy z samego rana.  Znowu jest powtórka z rozrywki, czyli mocne 4 w skali B. Jest mokro i zimno. Dobrze, że chociaż dzień jest słoneczny. Ja jadę samochodem, a Bożenka przejmuje ster i wraz z załogą płyną w kierunku Władkowa. Po drodze zatrzymują się na plaży w Dąbkach. Niestety nie udaje im się dopłynąć do Władysławowa. Lądują na plaży w Jastrzębiej Górze. A było już tak blisko. Cóż kolejna noc na plaży. Z rana wiatr odkręca na W,  2-3 w skali B i mamy fordewind. Taki wiatr pozwala nam dopłynąć do Władkowa w niecałe dwie godziny. Tam załoga stwierdza fakt, że nie dopłyniemy do Gdyni na czas i wspólnie postanawiamy wyslipować naszą omegę na przyczepę.  Jedziemy do Gdyni na „Cutty Sark”. Cóż szkoda, że to już koniec rejsu, ale nie udałoby się nam dopłynąć na „Operację żagiel” do soboty.

Władysławowo fot. Ania Kurtno

Czy warto było? Takie pytanie często chodzi mi po głowie gdy wspominam ten rejs. Teraz wiem, że mimo tych wszystkich przeciwności naprawdę było warto  odważyć się wyjść śródlądową mieczówką za główki portu na pełne morze. Przypomnieliśmy, że jachtem mieczowym też da się pływać po morzu.  Nie chciałem nic udowadniać, bo to że mieczówka po morzu pływać morze zostało już sprawdzone w latach 20  XX wieku, kiedy to ówczesny prezes PZŻ –tu pływał na swej bez kabinowej mieczówce po Bałtyku. Przełamaliśmy natomiast pewien PRL-owski mit, stereotyp, że morze zarezerwowane jest tylko dla  jachtów kilowych z kapitanami o mamucim stażu morskim. Będąc w Gdyni spotkałem Trzebieską J-80 z kapitanem o ponad 40 letnim stażem na morzu, z którym to kiedyś miałem przyjemność pływać. Spytał mnie czym przypłynąłem na „Cutty Sark. Pokazałem na  naszą drewnianą omegę przycumowaną  niedaleko jego jachtu. Stwierdził, że jestem odważny wypływając omegą na morze, bo on by się bał i pewnie nie odważył wsiąść i popłynąć na morze czymś takim. Cóż dodać i ująć, niech każdy sam oceni czy to był dobry pomysł.

Serdeczne podziękowania przede wszystkim Bosmanowi Kaziowi za dużą pomoc po godzinach pracy, grupie wsparcia w składzie Darek Kluczka i Jerzy A. Kosz za wiarę w udany rejs i pomoc, oraz dla Piotra Kuźniara za opiekę nad remontem i organizacją, Janusza Grynkiewicza, który podjął się społecznie wymiany słomek i pokładu Drania, a także wszystkim tym, którzy wierzyli, że się uda i podtrzymywali nas na duchu.

Dziękujemy także naszym sponsorom, firmie Orvaldii za żagle, oraz firmie CMS Epifanes za lakier na pokład naszej omegi.

Rafał Staniec



archiwalna wersja strony dostępna pod adresem: www.archiwum.klasaomega.pl - all rights reserved @ klasaomega.pl