Ranking 2012
Top 10 - Omega Sport

Tabela

1 AZS Politechnika Gdańska Pietrzak Filip 57.5
2 Siwik Intertrade Fereniec Aleksander 52.5
3 Struga Racing Team Parużnik Wojtek 48.5
4 LKŻ Sława Kordek Janusz 45.5
5 Procad Racing Team Micewicz Tomasz 43.5
6 Biały Szkwał Nadolny Jerzy 42.5
7 AZS Politechnika Gdańska Sadowski Tymon 41.5
8 Struga Racing Team Szynkiewicz Andrzej 40.5
9 Hals Chodzież Siwiński Tomasz 39.5
10 Superkoszyk Saling Team Sokołowski Daniel 38.5

Top 10 - Omega Standard

Tabela

1 LKŻ Sława Łukowski Wojciech 57.5
2 AQUADUO KSW Hutnik Pogoria Bałazy Dariusz 52.5
3 Gandalf.com.pl AZS UEK Sailing Team Pacanowski Marcin 48.5
4 Wodna Pasja KSW Fregata Pogornia Stachurski Radosław 45.5
5 LIRA Saling Team Witkowski Przemysław 43.5
6 Struga Racing Team Markiewicz Michał 42.5
7 Chodzież Badowski Marek 41.5
8 AZS Politechnika Rzeczowska Inglot Piotr 40.5
9 OPTY Romaniak Piotr 39.5
10 KW LOK Zefir Skowron Sławomir 38.5




Sytuacje bywają rózne, ale dobre to, co się dobrze kończy

Pisane w styczniowy wieczór.

Pierwszy raz na Omedze.

Był sympatyczny sierpień – rok 1979. Miałem szesnaście lat, dopiero, co zrobiłem sternika (tak, tak kiedyś to było możliwe), do końca wakacji planów nie miałem i z nudów kulałem się po jeziorze na zdezelowanym okeju, gdy starszy kolega zaproponował abym wspólnie z nim wystartował w Mistrzostwach Polski LOK w klasie Omega. Start na Omedze nie szczególnie mnie rajcował, ale czego się nie robi z nudów, gdy do tego okazało się jeszcze, że pojadą dwie załogi, a nastawienie reszty ekipy jest takie bardziej imprezowe zgodziłem się. Mistrzostwa miały się odbyć w Chodzieży. Byłem oczywiście święcie przekonany, że pokażemy kolesiom jak się jeździ (było jasne, że startować będą sami turyści – to miały być przecież mistrzostwa w Omedze, a kto inny może na tym startować – którzy z nami wychowanymi na Optymistach i Cdetach szans nie mają przecież żadnych).
Już sama podróż pełna była atrakcji. Dwie Omegi pojechały, zapakowane na kanapkę, na lokowskim Starze prowadzonym przez kursanta pod czujnym okiem instruktora nauki jazdy. Nasze dwie załogi – tak jak i dzisiaj dwa razy po trzy osoby – musiały sobie poszukać innego środka lokomocji. Pojechaliśmy w sześciu Fiatem jednego ze sterników. Odległość do przejechania nie była zbyt duża, coś około 120 kilometrów, zaopatrzyliśmy się zatem tylko w jedną flaszkę – niestety wiśniówki. Kolega o wdzięcznym pseudo „Łańcuch” na chorobę morską cierpieć zaczął niemal natychmiast po opróżnieniu butelki – kierowca nie pił. Niestety nie wytrzymał i na miejsce dojechaliśmy w samochodzie wypełnionym mało sympatycznym odorkiem. Łańcuch czuł się tak źle, że po przyjeździe złożyliśmy go gdzieś pod płotem a sami zabraliśmy się za zbrojenie okrętów. Kiedy skończyliśmy okazało się, że facet wyparował (znalazł się późno w nocy i upewniał się czy rzeczywiście przyjechał razem z nami. I pomyśleć, że wtedy szesnasto- i siedemnastolatkowie mogli mieć pełny odlot po jednej flaszce na pięciu!!!).

Pobieżny przegląd konkurencji nieco ostudził mój przedstartowy optymizm. Trwogę wręcz budziły trzy jachty pozornie tylkowyglądające na Omegi, a raczej na Omegi wyglądające tylko z pewnej odległości. Dwie z nich pamiętam do dzisiaj – czerwona „Maria” (Rysiu Gralak) i zielony „Pasat” (Tadziu Grajewski), była jeszcze trzecia granatowa ale nie pamiętam ani jej nazwy ani jej sternika. Były to maszyny, jakby na to nie patrzeć, regatowe w pełnym tego słowa znaczeniu. Ekstra żagle – od Wawra, regulacje prawie jak w FD, pompki w dnie itd. Same załogi też wyglądały poważnie. Reszta tak jak i my – trochę przypadkowo i bardziej dla zabawy niż dla prawdziwego ścigania. W sumie coś około czterdziestu załóg. Pierwszy wyścig rozgrywany był przy wietrze w porywach do 0,5 stopnia i o zgrozo – pełne zaskoczenie, a właściwie jakie tam zaskoczenie – planowo, dwa kółka jedziemy na pierwszym miejscu. Bezpośrednio za nami „Maria”. Co tam się działo. Rysiu Gralak (wtedy oczywiście Pan Rysiu – przez myśl mi nawet nie przeszło, że będziemy kiedyś na ty w obie strony) gryzł pokład a jego załoganci zbierali takie joby, że miło było słuchać. Koniec końców jednak nas objechali, choć raczej na skutek naszego błędu niż w efekcie jakiś tam swoich super zagrywek. Na metę dojechaliśmy na trzecim miejscu, czyli niemal rewelacja. Potem niestety było już normalnie czyli coś około środka stawki (to dla mnie normalne bo akurat Mistrzostwa Polski to zawsze mój najgorszy start w sezonie, taka, psia mać, tradycja).

Mój Boże! Przeczytałem i pukam się w łepetynę. Nie chciałem przecież pisać o tym kto, kiedy, z kim i w jaki sposób przegrał czy wygrał. Nie o tym miało być. Miało być o tym jak się zakochałem. W Omedze oczywiście. A było to tak…

Drugiego dnia dmuchnęło, tak 5 do 6. Jedziemy sobie pierwszą halsówkę, wszyscy mokrzy do tego stopnia, że jak już człowiek raz wywiesił tyłek na balast to się wracać do środka nie chciało. Robimy jedynkę, odpadamy do połówki i coś niedobrego zaczęło się dziać z łódką. Wszystko drży, wibruje, piana wokół. Na twarzy sternika autentyczne przerażenie. Tak bez przerwy od jedynki do dwójki, a na następnych kółkach jeszcze raz i jeszcze raz. Boże co za jazda. Wiedziałem przecież co to ślizg. Znalem to z okeja, 420 ale żeby na Omedze. To było szaleństwo, zresztą nie ma na to słów – jakieś piętnaście lat później mój trapezowy Sopel (pewnie ktoś go jeszcze pamięta) powiedział, że przy ślizgu na Omedze chowają się panienki. Kto wie?! Panienki panienkami ale w moim wypadku ten jeden kurs zadecydował o nieprzemijającej miłości do Omegi. W sumie banalnie, z pewnością mało oryginalnie. Wierzcie jednak, że prawdziwe. W tym ślizgu była cała filozofia pływania, ścigania się. W tym była cała odpowiedź na te kretyńskie pytania – a tak właściwie to co ci się w tym żeglarstwie podoba, że niby żyć bez tego nie możesz. Wam tego tłumaczyć nie muszę bo wy wszyscy znacie dobrze i te pytania i tę odpowiedź. Problem w tym, że oni tej odpowiedzi zrozumieć nie są w stanie. No bo jak, samemu trzeba to przeżyć. Opowiedzieć się tego nie da, kiedy próbowałem goście spoglądali na siebie porozumiewawczo i w najlepszym wypadku mówili – „no fajnie, fajnie, ale co tam – polejemy!”

W regatach ślizgaliśmy się tak w sumie przez dwa dni. Ja wiedziałem już, że nie był to mój ostatni raz.

Poza doznaniami z wody były też doznania z lądu. Żarcie było na tych lokowskich mistrzostwach właśnie lokowskie, czyli do dupy. Pieniądze poszły na rzeczy poważniejsze niż jedzenie, innymi słowy, cienizna. Wyskrobaliśmy ostatnie grosze i poszliśmy w czterech do miejscowej restauracji. Po gruntowanej analizie jadłospisu złożyliśmy zamówienie: pomidorowa i cztery łyżki, cztery razy ziemniaki z wody z tłuszczem. Miny Pani Kelnerki nie zapomnę do końca życia. Myślała pewnie o wezwaniu milicji dla bezdomnych w ustroju powszechnej szczęśliwości miejsca przecież nie było (to uwaga dla młodych czytelników).

Ciekawie było też na wodzie, szkoda że za sprawą mojej łódki. Start do piątego wyścigu, dmucha ostro. Ostatnie sekundy przed startem, zaczęliśmy grzać na prawym halsie, jesteśmy w dobrym miejscu pod boją w pierwszej linii – jak w podręczniku regatowej taktyki, cóż z tego skoro nasz dzielny sternik w ostatniej chwili zmienił strategiczną koncepcje i postanowił się przełożyć. Jak pomyślał tak zrobił. Ledwie skończyliśmy zwrot, dostaliśmy tęgiego kopa na lewym i już siedzimy w środku pięknej słomkowej Omegi – zatrzymaliśmy się na sztagu. U nich dziura średnicy coś około siedemdziesięciu centymetrów, u nas bez strat. Goście szukają noży, nas los jest przesądzony. Mój sternik wydał z siebie tylko „O Jezu”. Ja wskoczyłem na dziób i nogą uwolniłem nasz kochany okręt z opresji.
Popłynęliśmy dalej tak jakby nic się nie stało. Przez cały wyścig słowa komentarza. Ale sternik zachował czujność. Dobił do jakiegoś pomostu daleko od przystani, nam zostawił łódkę a sam gdzieś pokłusował. Przypływamy na przystań, a na pomoście „komitet” powitalny. Na szczęście do nas załogantów nic nie mieli, szukali tego rudego co siedział za sterem. Znalazł się sam – z flaszką pod pachą. Sprawa natychmiast oparta o bar została załagodzona do tego stopnia, że wieczorem w hotelu degustowaliśmy trunki także z ich butelek. Nikt do nikogo nie miał pretensji (zresztą my to niby o co). Szkoda, że nie pamiętam nawet tego z jakiego klubu byli poszkodowani. Wydaje mi się, że już ich nigdy na regatach nie spotkałem, choć o samym zdarzeniu słyszałem nie jeden raz, różne zresztą wersje, zawsze jednak z zastrzeżeniem, „stary pamiętam jakby to było wczoraj – wiesz sam widziałem.” Mnie to mówili!

Tak dla porządku. Mistrzostwo zdobyła załoga Rysia Gralaka. Kto był drugi – chyba Tadziu Grajewski, ale głowy za to nie dam.

Właściwie o każdych regatach w Omedze możnaby coś fajnego, przynajmniej dla piszącego, napisać, a to o mszy w Poraju, a to o tym jak Rysiu Gralak z Poraja wyjechał przed zakończeniem regat, a raczej dlaczego. Ale to już inna bajka, na kolejny wieczór, tylko kto chciałby jej słuchać?

Trzymajcie się wiatru – Andrzej gw13

archiwalna wersja strony dostępna pod adresem: www.archiwum.klasaomega.pl - all rights reserved @ klasaomega.pl