Stara miłość nie rdzewieje…
Podejście pierwsze
Kiedy zaczynałem swoją żeglarską przygodę, a było to jakieś 30 lat temu, Omega była czymś, o czym mogłem tylko pomarzyć. Wtedy, aby dostać drewnianego „optyka” trzeba było najpierw wiele dni sprzątać hangar, pomagać starszym szlifować łódki itd. Wiec i ja sprzątałem liście i szlifowałem cudze Cadety …
W końcu dostałem własną łódkę, potem Cadeta. W tym czasie do MKSW ( Międzyszkolny Klub Sportów Wodnych) w Olsztynie, zwanego popularnie „ Atramenciarze” przyszły dwie nowe Omegi. Oczywiście były to Ostródy, model 1978 z lekkimi zmianami.
Regat na jeziorze było w Olsztynie zawsze wiele. A Omega w tym czasie po prostu królowała. Na byle podwórkowej imprezie bywało do 30 łódek…
Jedną z pierwszych, jakie zaliczyłem i to przez czysty przypadek, były mistrzostwa okręgu w 1980r. Sporo łódek, znane wówczas w Polsce nazwiska…Bzdak, Wolniewicz, Lindorf, Baranowski, …..a wśród nich piętnastoletni nuworysz….. Jak dziś pamiętam „dobrą rade” jednego ze starszych kolegów ; „ jak nie będziesz wiedział jak płynąć, to patrz na wodę i wypatruj flaszek po piwie. Płyń na te flaszki, bo tamtędy płynął Bzdak z „Dżinksem”, a oni zawsze są najlepsi” J Do rady się nie zastosowałem, a to z powodu dużej ilości łódek i obiektywnych trudności z wypatrzeniem wyżej wymienionego szkła, ale debiut był udany – zajęliśmy trzecie miejsce, wzbudzając sensacje i uznanie starszych kolegów.
Potem jakoś tak późną jesienią postanowiliśmy z grupą przyjaciół pojechać na „Błękitną Wstęgę Jezioraka” To nie była taka wstęga, jak dziś. W zasadzie startowały same Omegi i to w dużej ilości. My oczywiście nie mając szans na przywiezienie klubowej łódki – wypożyczyliśmy jakiegoś miejscowego strucla. Zabraliśmy tylko z Olsztyna nowe dakronowe żagle. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy wygraliśmy pierwszy etap regat, a później krótki wyścig dookoła owczej wyspy. Jednak drugi dzień nie był już dla nas tak łaskawy. Nie, żeby zaraz od rana. Rano było nieźle. Przykuło dobre 7B i powrotny wyścig z Siemian do Iławy wychodził z wiatrem. Już po starcie było widać, że jeszcze się rozwiewa i większość zawodników zrzuciła groty i szła na samych fokach. A ja, młody i niedoświadczony kozaczyłem na pełnych żaglach…. Przy drugiej rufie ( cokolwiek niekontrolowanej) zabrało mi za burtę załogantkę, ale jakoś ją odzyskaliśmy i udało się wpłynąć w pierwsze przesmyki.
Tam było nieco ciszej ( jakieś 6B J).
Odwałę od stawki mięliśmy okrutną. Nawet nie widzieliśmy drugiej łódki, ale Neptun postanowił ukarać moje zuchwalstwo….. Już widziałem Iławę, już oczyma wyobraźni widziałem się na podium, już…..obejrzałem się za siebie i zdążyłem niczego nie spodziewającej się załodze krzyknąć ; leżymy!!!…. i już leżeliśmy. Od rufy przyszedł odbity od lasu kop i przewróciło nas na nawietrzną…
Całe szczęście, że Jeziorak w tym miejscu jest wąski. Jakoś doholowałem załogę do brzegu, potem zdjąłem w wodzie foka, którym zawinęliśmy mokrą i zmarzniętą załogantkę, potem taplałem się w wodzie jeszcze z godzinę wynurkowując nasze rzeczy. Pomoc przyszła późno, regaty przegraliśmy, przyszło zapłacić za utopiony miecz, w mokrych ciuchach jechaliśmy pociągiem do Olsztyna…..i z Omegą rozstałem się na 20 lat…..
Później było zawodowe pływanie na Finnie ( głównie dzięki wspaniałemu trenerowi Teofilowi Kaczmarkowi, następnie tego, co umiem do dziś uczył mnie Janusz Frąckowiak i Mirek Rychcik). Po zakończeniu kariery zawodowej obijałem się o różne klasy. A to Micro, a to turystyki, a to 730….
Podejście drugie
Było co najmniej tak dziwne, jak i niespodziewane. Zdarzało mi się wystartować na Omedze, głównie z HOM Olsztyn w lokalnych regatach, ale prędzej bym się gromu z jasnego nieba spodziewał, niż telefonu od „Kucharza” z pytaniem ;” te, Radwan, co robisz w tym sezonie?”
No i kiedy zaproponował mi ster w jego załodze, nie zastanawiałem się w zasadzie ani chwili.
Nasz pierwszy sezon (2001) był dwojaki. Z jednej strony – udany i szczęśliwy, biorąc pod uwagę fakt, że „Marinus” jakkolwiek jeszcze nie stary, był cokolwiek wyeksploatowany, szczególnie jeśli chodzi o żagle. Z drugiej strony – pechowy, bo na najważniejszych regatach cos się zawsze sypało.
Pewnie przejdzie do anegdot klasowych numer, jaki wykręciliśmy na Mistrzostwach Polski w Pieczyskach, kiedy po pęknięciu fału grota i zwaleniu się żagla na głowy kazałem chłopakom wywrócić jacht, naciągnęliśmy żagiel w wodzie, zawiązaliśmy na sztywno i po postawieniu łódki dobrnęliśmy do mety na 12 miejscu w tym wyścigu……
Nasz drugi sezon to już inna bajka…..polubiliśmy się, włożyliśmy w zabawę środki , czas i na efekty nie trzeba było długo czekać. Ale dla mnie osobiście nie to jest motorem napędowym. Ważne jest to, że ten jacht coś w sobie ma. Że niby już cos o nim wiesz, a ciągle potrafi cię zaskoczyć. I drugie i chyba najważniejsze jest to, że ekipa, która się na Omegach ściga jest rewelacyjna. Sędziowanie, regaty, oprawa, nagrody….. to pewnie też istotne, ale nie tak jak to, że spotkanie z tą „szajką” poprawia mi samoposzczucie jak nic innego J
Radwan Y-99











