Nie zawsze bywało różowo, czyli mistrzostwa ?…o których jak najszybciej chciałoby się zapomnieć
O tym jak z pokładu Omegi zobaczyliśmy Szwecję i postanowilismy wracać do domu i nie tylko o tym. A miało być tak pięknie. Tysiąclecie powstania Gdańska, możni sponsorzy z najwyższej pułki (browary, poczta, TVP itd, a nie jakieś tam śmieszne hurtownie czy samochodowe szroty), telewizja, notable, przyjęcia – po prostu światowe życie. Mistrzostwa Polski w klasie Omega zorganizowane na poziomie o jakim przedtem mogliśmy tylko śnić.
W radosnych nastrojach wracaliśmy w listopadowy wieczór z zebrania w Szczecinku. Kalendarz na rok 1997 udało się ustalić, a nie było to wcale łatwe bo chętnych do organizacji imprez pucharowych było znacznie więcej niż terminów. Tylko jedna oferta nie miała konkurencji – oferta na organizację Mistrzostw Polski. Nawet czas rewelacyjny, nie tak jak zwykle koniec sierpnia, lecz połowa lipca, pełnia sezonu. Akwen „przejmiemy” po finistach, którzy bezpośrednio przed nami rozegrają na nim swoje Mistrzostwa świata. Także strona finansowa doskonała. Wyżywienie i zakwaterowanie na koszt organizatora, zawodnicy wpłacą tylko wpisowe i do boju. Komisja Regatowa na najwyższym poziome, czego jak czego ale sędziów z doświadczeniem, także międzynarodowym, to u nas w Gdańsku nie brakuje – mówili przyszli organizatorzy. No istny miód, malina, Ameryka i co tam chcecie jeszcze. Ach jak pięknie, prawda! W równie radosnym nastroju na mistrzostwa jechaliśmy.
Jeździliśmy od początku sezonu w czubie stawki, okręt mimo dużej nadwagi spisywał się rewelacyjnie – szczególnie gdy dmuchnęło, zestaw maszt-żaiel także pierwyj sort i co tu kryć, marzyło nam się dobre miejsce, może nawet jakiś medalik. Prognozy były dobre – miało mocno wiać, a nam w to graj. Po przyjeździe lekka konsternacja. Z ledwością znajdujemy biuro regat, karzą nam stanąć na placu jakiegoś ośrodka o dobre półtorej kilometra od najbliższej wody. W ośrodku jest jakiś tam pawilon z miejscami do spania ale widać, że to w prywatnych rękach i do tego na poziomie wczesny Gierek, a może nawet późny Gomółka. Włałciciel oczywiście chętnie nas kwateruje ale jeszcze chętniej kasuje i to według cennika pt. „Trójmiasto perła wybrzeża – środek sezonu”, miało być przecież na koszt organizatora – Pan tylko wzrusza ramionami. Pytamy Pana o wyżywienie – „coś się zorganizuje”. Ale jak do diabła, bo nie widać tu ani kuchni ani nawet pomieszczenia gdzie możnaby jeść. Innymi słowy zgroza. A to nie koniec kłopotów. Jest południe, następnego dnia o 10.00 rozpoczęcie regat, o 11.00 pierwszego wyścigu a tu – poza Panem od ośrodka, nie widać ani Komisji Regatowej ani organizatorów. W temacie regaty Pan nie ma orientacji, on tu tylko prowadzi ośrodek. Według programu dzisiaj, od 1200 do wieczora, miały być zgłoszenia, odprawa i to co najważniejsze – ważenie i mierzenie sprzętu, tylko kto ma to zrobić kiedy nikogo nie ma.
Gdzieś około godziny 15.00 na placu tłok. Nikt nie wie, wypakowywać jachty, czy nie – na trawniku pływać przecież nie będziemy, do morza daleko, a do najbliższego portu czy jakiejkolwiek przystani jeszcze dalej. Sprawy w swoje ręce bierze Romek Knasiecki. Nie wiem jak i gdzie ale zorganizował gdzieś wagę, zrobił listę i wio do roboty, czyli do ważenia. Część ludzi się buntuje twierdząc, że Romek ani Zarząd Związku, ani Komisja Regatowa tylko zawodnik, więc niby na jakiej zasadzie on ma nas ważyć. Bunt buntem ale jednak jachty wędrują jeden za drugim na wagę. Dyskusji przy tym i kłótni co niemiara, a to waga krzywo stoi, a to ktoś do jachtu wrzucił mokre liny do wiązania łódki na pace Stara – bez tych lin miała przecież 0,5 kg niedowagi a z nimi ma nadwagę. Szlag by to wszystko trafił. Nagle znalazł się nawet prawdziwy mierniczy i można było nie tylko warzyć łódki ale i mierzyć żagle. Nadal brakowało jednak Komisji Regatowej i organizatorów – bagatelka. W tak zwanym międzyczasie dojechał Jurek Rosicki, ale nie wiele mógł zrobić bo sprawy zaczęły się już same toczyć, zresztą Jurek tak jak i my, nie wiedział przecież ani gdzie mamy pływać, ani gdzie mamy trzymać jachty, ani kiedy zjawi się komisja i organizator. Moja łódka już zwarzona, żagle pomierzone. Robimy pierwsze podsumowanie sytuacji – po zapłaceniu za noclegi i jedzenie w portfelu mamy lekki debet – tych dwóch wydatków nie braliśmy pod uwagę, a trzeba przecież jeszcze wpłacić wpisowe. Czarno widzę te mistrzostwa. Ważenie jachtów zakończone, nie wiem czy wszyscy dali się zważyć, ale Romek twierdzi, że tak. Chodzi radosny bo wreszcie jest porządek, nikt się nie wywinął, kombinacje z wagą na tej imprezie nie przejdą, już on tego dopilnuje. Chociaż tyle.
Gdzieś około 1900 zjawił się organizator, pokazał na Pana sędziego i czmychnął. Tak, tak normalnie zwiał. Pan sędzia zaczął przyjmować zgłoszenia do regat, rozdawał instrukcje żeglugi, program regat (znacząco różny od tego jaki znaliśmy wcześniej), piękne plakaty i zwołał odprawę na późny wieczór. Atmosfera na odprawie mocno podminowana. Pies drapał ważenie, zmiany w programie regat, konieczność trzymania jachtów na plaży półtorej kilometra dalej (Panowie tylko z łodzi zabierajcie co się da bo ochrony nie będzie) ale wszyscy wściekli na koszty, nikt nie przewidywał konieczności słonego płacenia za spanie i jedzenie. Wszystkim, dosłownie, brakuje pieniędzy. Pan Sędzia Główny to osobna historia. Przemawia do nas jak do ludków ze śródlądzia, co to morze widzieli tylko w telewizji, a o falach czytali w „Znaczy kapitanie”. Ma chyba poważne wątpliwości czy koą z nas ma jakikolwiek patent – on ma za to kapitana. Ale co tam wytrzymamy – skoro facet jeszcze trzy dni wcześniej sędziował Mistrzostwa Świata w Finie to chyba zna się na rzeczy, tylko niech się wreszcie zacznie. Pan Sędzia omawia trasę. Panowie z prawej strony jest „falwater” – to jest Panowie tor wodny, tam pływają statki, wy Panowie tam nie pływajcie, Boże broń. Pamiętajcie!!! Trasa będzie doskonale oznaczona, wiecie jest wysoka fala, ale nie ma zmartwienia, boje będą coś około dwóch metrów i do tego z chorągiewkami. Widać je będzie z daleka, nie ma obaw. Zresztą prowadzić was będzie duża i oznaczona motorówka. Super. Statek komisji stać będzie w jednym miejscu. Star pod wiatr, meta z wiatrem, czyli ostatni kurs to kurs wolny. Wiecie to bardziej widowiskowo i nowocześnie, będzie przecież telewizja. Jak na razie da się żyć. Padają pytania o wagę, wyżywienie, noclegi. Pan sędzia odpowiada, że to nie jego działka on tylko sędziuje – nie organizuje tych regat, gdzie aktualnie przebywa organizator i jak się z nim skontaktować nie wie.
Jesteśmy wszyscy zmęczeni, ale wiecie jak to jest pierwszego wieczora regat. Siadamy przed pawilonem, jakieś dwadzieścia może trzydzieści osób i likwidujemy przywiezione z domu zapasy. Atmosfera się uspokaja, jest miło, przyjemnie, wesoło. Jest tak jak zawsze, po tych kłótniach przy warzeniu, znów jesteśmy wśród przyjaciół, a nie widzieliśmy się przecież tak długo, będzie z jakieś dwa tygodnie, przed nami najważniejsze regaty sezonu, więc jest o czym pogadać. Większość dotrwała do wschodu słońca, wszyscy, jak nigdy, w doskonałej formie. Rano kolejne „atrakcje.” Złodzieje obrobili kilka naszych samochodów. W jednym w czasie kradzieży spali ludzie, ta przyjemność spotkała „Czarnego” i „Myszowatego” z Mielna. Policjanci wykonują swoje procesowe czynności i dobrotliwie mówią: „to już nie mieliście się gdzie zatrzymywać, przecież to najgorsza dzielnica w Trójmieście, wszyscy o tym wiedzą.” No rzeczywiście wszyscy, my także, szkoda, że dopiero teraz. Sygnalizowana wcześniej zmiana programu polegała między innymi na tym, że oficjalne otwarcie regat nastąpić miało po pierwszym wyścigu. Zasuwamy więc do łódek i na wodę. To jednak nie takie proste. Wieje tak około sześciu i to od tygodnia z tego samego kierunku – NE. Na zatoce wysoka i cholernie stroma fala prosto w twarz, a my na wodę schodzimy bezpośrednio z plaży. O wyjściu na pagajach bez żagli nie ma co marzyć. Trzeba postawić żagle, podnieść miecz i płetwę sterową, wypychać okręt najdalej jak się tylko da i próbować odchodzić połówką. Nie wiem nawet jak nam się to udało już za pierwszym razem – większość nie miała takiego szczęścia, cud, że się nit nie połamał, ale jesteśmy na wodzie.
Statek komisji stoi niedaleko mola, jest boja startowa, ma nie więcej jak trzydzieści centymetrów i ledwo ją widać. Start jest jednak dobrze ustawiony, niemal idealnie prostopadle do wiatru. Rozpoczyna się. Mamy start marzeń. Pełny gaz, idealne przy tym wietrze miejsce. Jedziemy jak jasna cholera. Za nami Romek Knasiecki, do którego stale zwiększamy dystans i parę innych łódek. Reszta się zamotała. Niepokoi tylko brak motorówki, co to nas miała prowadzić na jedynkę, ale co tam, sami trafimy, ma być przecież pod wiatr. Jedziemy, jedziemy a jedynki nie widać – odległość od startu do jedynki to miało być coś około jednej mili morskiej, więc póki co spokojnie. W pewnej chwili widzimy, że Romek odpada, robi rufę i wraca do brzegu. To chyba awaria, naprawdę mu współczujemy, jechał na drugie miejsce. Jedziemy, jedziemy, a jedynki nie widać. Co jest, halsujemy przecież dokładnie pod wiatr i do tego w osi, powinna już być, a nie ma. Wreszcie jest ale nie jedynka, cholera Szwecje widać. Nie mieliśmy przy sobie paszportów więc postanowiliśmy wracać do domu. Nie wiemy co się właściwie stało, jest ta jedynka czy jej nie ma. Gdzie ta przeklęta trasa !? Płyniemy w stronę statku komisji. Na statku sygnalizacja skróconego wyścigu i… niebieska flaga – przyjmujś metę, a więc komuś się jednak udało. Skonsternowani i wściekli przepływamy obok linii mety. Teraz ma być otwarcie i trzeba wracać na plażę. To raczej desant w warunkach bojowych, niż spokojny powrót.
Jesteśmy przy samym brzegu – na wyciągnięcie ręki – na samym foku, wyskakujemy z łódki a ona nagle hop trzy metry w górę, a potem nagle spada, na nas. Jak spod ziemi wyrósł „Raku” z Grudziądza i ktoś jeszcze, przytrzymali okręt i jakoś się udało wygramolić spod łódki bez szwanku, jesteśmy na plaży. Jedni z ostatnich. Prezes kazał mi unikać przy pisaniu tego tekstu wulgaryzmów nie mogę zatem zacytować tego co na brzegu usłyszałem. Okazało się, że nikt na oczy nie widział motorówki. Jedyne wysokie na dwa metry boje w okolicy to były boje z falwateru, na który oczywiście prawie wszyscy wpłynęli. Nikt nigdzie nie widział jednak ani jedynki ani dwójki, ani motorówki. Nikt nie odnalazł trasy, tak ponoć doskonale oznaczonej. Zaraz, zaraz, to co na statku komisji robi ta niebieska flaga, czyżby komuś ten niby wyścig zaliczyli i odtrąbili na mecie? A to dopiero afera, okazuje się, że dwa jachty mają zaliczony wyścig. Pierwszy jest Arek Kowaluk z Gliwic, a drugi ROMEK KNASIECKI. Ale przecież Romek płynął obok mnie i kilku innych łódek, potem zawrócił, myśleliśmy, że ma awarię i stale go obserwowaliśmy, jak się okazało nie tylko my, z całą pewnością po żadnym trójkącie to on nie przepłynśł. Pan sędzia nie miał jednak wątpliwości, pierwszy przez linię mety przepłynął Arek, a potem Romek, reszta – nie wiedzieć czemu – przepływała obok wyznaczonej statkiem komisji i boją linii mety. Pomyśleć można – sami idioci na tych regatach pływają. Sprawa była jednak banalnie prosta. Meta była na kursie wolnym. Romek wracał z morza na pełnym i przez metę przepłynął, mam nadzieję, przypadkiem, a tu masz ci los, odtrąbili go na mecie i już. Pewnie nawet nie wiedział jakie miejsce zajął. Arek chyba faktycznie, choć jak sam twierdził przez przypadek, opłynął trasę. Spóźnił się na strat, wszyscy już popłynęli, gdy od komisji odbiła motorówka oznaczona dokładanie tak jak Pan sędzia mówił na odprawie. Motorówka dostojnie i wolno płynęła początkowo za jachtami, potem zboczyła, a Aruś za motoróweczką i tak oto jako jedyny opłynął pierwszy trójkąt i ku swojemu zdziwieniu został odtrąbiony na mecie do tego jeszcze jako pierwszy (w rzeczywistości kierował się na boję poniżej mety, która miała robić za trójkę i miał zamiar zacząć kolejne kółko, aby to zrobić MUSIAŁ jednak przepłynść przez metę. To ci dopiero mistrzostwo świata). Dyskusją a tak naprawdę regularnym kłótnią końca nie było. Romek udawał Greka jak by się zupełnie nic nie stało.
Dwa kolejne wyścigi odbyły się już bez przeszkód. W czasie jednego z nich, po zwrocie, mój trapezowy Giwera, błyskawicznie wyszedł na balast, niestety chłopak nie wpiął trapezu, wyprostował za to nóżki, puścił rączkę i tyle go widzieliśmy. Cholera, fala jak diabli, kuje jak za cara Piotra, a ja mam załoganta za burtą. My na szczycie fali, on w dolinie, pakuje kraulem w sztormiaku i kamizelce pod górę. Jakoą wrócił na jacht.
Pierwszego dnia udało się rozegrać dwa wyścigi plus jeden na niby i na tym część żeglarska mistrzostw się skończyła. Przez dwa następne dni wiało tak, że o zejściu na wodę, do tego z plaży, nie mogło być mowy. Zwiedzaliśmy Gdańsk, Gdynie, chodziliśmy na spacery i DYSKUTOWALIŚMY. Po drodze odbyło się ponoć przyjęcie dla uczestników mistrzostw w jakimś ekstra lokalu. Piszę ponoć, bo z uczestników mistrzostw nikomu nie udało się tam dotrzeć, tak się dzielni organizatorzy przed nami zakonspirowali. Dyskusje dotyczyły czterech kwestii głównych i kilku pobocznych. Pierwsza, co z tym niby wyścigiem. Druga, czy te mistrzostwa mają być zaliczone, czy należy je unieważnić i rozegrać przy okazji którejś z imprez pucharowych. Trzecia, ile rzeczywiście warzy łódka Romka Knasieckiego. Czwarta, co z protestem Romka na 90% startujących. Poboczne to, czy stanąć do oficjalnego zamknięcia regat, odebrać medale i nagrody, wyjechać do domu, czy zostać do końca, obić komuś mordę, czy dać sobie spokój. Ci którzy tam byli widzieli i pamiętają, ci których tam nie było mogą sobie wyobrazić jak było sympatycznie.
Wyjaśnienia wymagają kwestie trzecia i czwarta. Spacerowaliśmy sobie większą ekipą po plaży i z nudów zaczęliśmy podnosić stojące na plaży omegi (stały z masztami, mieczami, niektóre także ze sterami). I oto jedna z omeg okazała się podejrzanie lekka. Wyobraźcie sobie, że podniosło ją dwóch ludzi, a miała i masz i miecz i ster. Inne ledwo unosiliśmy w czterech, a tą podniosło dwóch ludzi i to tak, że można się było pod nią swobodnie przeczołgać. Co jest grane, rzekomo wszystkie były warzone i trzymają wagę, a ta coś nie bardzo. No i mamy kolejną aferę bo omega jest organizatora warzenia czyli Romka. Niedowiarkowie chodzili na plaże sprawdzać – podnosić i zrobiła się zadyma, tym większa, że była dodatkiem do jego drugiego miejsca w tym niby wyścigu. Romek nie pozostał dłużny. Nie wiem kiedy, ale sprawdził komory wypornościowe u konkurencji i złożył protest techniczny na tak, mniej więcej, czterdzieści jachtów. Powód – brak 300 litrów materiału zapewniającego pływalność. Faktycznie prawie nikt nie miał. Wszyscy oczywiście twierdzą, że komory mają na 100% szczelne itd. ale Romek ucina krótko – odsyła do przepisów a tam jak wół stoi napisane – 300 litrów materiału i koniec. Protest jest zatem uzasadniony, lecimy z regat jak nic. Dyskusja toczy się w miejscu naszego zakwaterowania, uczestniczy pond sto osób, wszyscy wściekli, słowa padają niewybredne. Wypominamy sobie najstarsze grzechy – tragedia. W pewnej chwili ktoś przytomnie pyta Romka, – ty masz te 300 litrów bo nie widziałem. – No mam. – A gdzie. – No ja mam tak zbudowaną łódkę, że te 300 litrów mam pomiędzy dwoma ściankami kadłuba, dlatego ich nie widać a komory są puste. – Tak!? No to jazda sprawdzamy, tniemy twój okręt. Jak wam się podoba? Oczywiście do cięcia nie doszło. Protestu wystraszony sędzia główny także nie rozpoznał tak jakby go nie było. Po wielkich dyskusjach zarząd głosował sprawę unieważnienia imprezy i zadecydował UNIEWAŻNIA. Przyjechał spanikowany organizator i żeby sprawę załagodzić przywiózł kilka skrzynek bełtów. Mieliśmy szczery zamiar mu te winka na głowie rozbić ale znów dał drapaka. Sprawa wydawała się jednak przesądzona – mistrzostw nie było. Myliliśmy się. Wieczorem woła mnie Jurek Rosicki i mówi „wiesz jutro ma być zakończenia, a na nim wojewoda, jacyś posłowie, telewizja. Jak tu unieważnić, afera będzie, smrodu tylko narobimy. Ja zmieniam decyzję zarządu i mistrzostwa zaliczam jako ważne.” Krew się we mnie zagotowała (dzisiaj uważam, że Jurek miał całkowitą rację, taka afera mogła klasie tylko zaszkodzić, a mleko i tak już się rozlało).
No i mamy oficjalne zakończenie. Są nawet jakieś VIP-y. Sędzia czyta wyniki – gwizdy. Romek z załogą wchodzi na podium – gwizdy. Druga załoga wchodzi na podium – oklaski. Trzecia załoga wchodzi na podium – oklaski. Druga i trzecia załoga składają sobie wzajemne gratulacje, lecz ostentacyjnie pomijają Romka i jego załogę. Ponownie gwizdy i kocia muzyka. Okrzyki „sędzia kalosz” i lepiej. Przemawia organizator – gwizdy. VIP-y – panika na twarzach. Przed wyjazdem do domu wzajemnie wspomagaliśmy się finansowo, niektórym, nam także, ledwo starczyło na paliwo. Wszyscy byliśmy wściekli i mieliśmy TAAKIEEGOO kaca. Tym razem jednak nie po alkoholu. To smutne ale i takie mistrzostwa w Omedze bywały.
Andrzej gw-13











