Druga strona medalu zdobytego młotkiem
Na mistrzostwa w Poraju jechaliśmy ciekawiej i wygodniej niż zwykle. Nowy wódz LOK-u w Gorzowie, którego nazwisko miłosiernie przemilczę, nie dał nam transportu na te regaty albowiem uważał wtedy, a z tego co wiem, zdania nie zmienił, że starty w takich imprezach jak Mistrzostwa Polski sensu nie mają, nam zaą winno wystarczyć – pozwolę sobie zacytować Pana, przepraszam, Obywatela magistra pułkownika – „że pokręcimy się w koło komina na miejscu” – cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźli się na szczęście znajomi „sponsorzy”, a jednocześnie właściciele autobusu marki Mercedes, który w rzeczywistości był, doskonale zresztą urządzonym, campingiem na kołach (kuchnia, lodówka, salon, dwie sypialnie, BAREK itp. wygody). Omegi na miejsce zobowiązał się zawieźć kolega, nasze dwie dzielnie załogi pojechały zaś wspomnianym „mesiem”.
Jechało się i wygodnie i wesoło. Jechaliśmy w nocy, na miejscu byliśmy nad ranem. Niestety nasze okręty dojechały chwilę przed rozpoczęciem owej słynnej mszy. Już wcześniej, zaraz po przyjeździe, nasze zainteresowanie wzbudził ołtarz, ostatecznie przyjechaliśmy na lokowskie regaty, a światopogląd Panów pułkowników był raczej zdeklarowany – laicki. Koniec końców przyjechaliśmy jednak w okolice „świętego miasta”, świat także trochę się ostatnio zmienił, więc nie dziwi nic.
Msza się rozpoczęła, lecz bez nas. Kolega, który przyjechał z jachtami spieszył się w dalszą trasę, nie mieliśmy więc wyboru i mimo mszy zabraliśmy się do rozpakowywania wózka i wyładunku Omeg. Nie byliśmy zresztą odosobnieni. I tu rzecz istotna w kontekście wspomnień Yarka. Rzeczywiście z naszej strony padł okrzyk mało cenzuralny, w czasie, gdy msza trwała, lecz okrzyk ów nie dotyczył winka, jak podaje Yarek, a prozaicznego młotka do czegoś tam akurat w tej chwili niezbędnego. Reszta się zgadza. Sama msza, a raczej jej jeden uczestnik, to osobny temat. Dwa lub trzy lata wcześniej na Długim, a więc u nas, rozgrywane były Mistrzostwa Polski LOK w klasach przygotowawczych. Mieliśmy wszystko dograne na przysłowiowy „ostatni guzik” i oto dzień przed rozpoczęciem imprezy zjawia się BARDZO WAŻNY pułkownik z Zarządu Głównego LOK w Warszawie, jakiś kierownik, zastępca kierownika działu sportów wodnych czy jakaś inna cholera. Stan przygotowań do regat, sposób zakwaterowania ekip, takie pierdoły BARDZO WAŻNEGO Obywatela pułkownika zupełnie nie interesowały. Nasz bosman – przystaniowy, zebrał natomiast straszne joby za brak, na lokowskiej w końcu przystani, haseł o obronie socjalizmu, braterstwie broni z armiami Układu Warszawskiego ze szczególnym uwzględnieniem Armii Czerwonej (pamiętacie, był kiedyś taki układ i była taka budząca grozę armia).
Jaja z gościem, przynajmniej dla nas młodych, były naprawdę niezłe, zabawę mieliśmy, że ho, ho. Gorzej nasz bosman. On „z szybkością światła na wysokości lamperii” pognał do Gorzowa po odpowiednie tablice (rąbnął je chyba z gabinetu naszego miejscowego pułkownika) i mistrzostwa mogły się odbyć.
Mijają dwa, może trzy lata, jest msza w Poraju, kolega pokazuje mi wśród jej uczestników gościa o znajomej buźce, facet z niewinną ufnością wpatrzony w księdza, rozmodlony tak, że Najwyższemu z pewnością serce zmiękło z wrażenia. Zgadnijcie, kto nim był. Zgadliście – nasz kochany BARDZO WAŻNY pułkownik od obrony socjalizmu. Za te nagłe nawrócenie, szczere pewnie jak jasna cholera, kara spotkała go niezwłocznie. To właśnie jemu chłopcy z Grudziądza wyhaftowali generalskie pagony, to jemu – w bardzo miłych słowach – Rysiu Gralak podziękował o czwartej nad ranem za odmowę odsprzedaży połówki. Jest jednak sprawiedliwość na świecie. Tak na marginesie. Panowie pułkownicy z LOK-u to dopiero wdzięczny temat do wspomnień, szczególnie w temacie żeglarstwo a sprawa obronności ludowej ojczyzny. Szkoda, że tylko do wspomnień, bo tak na bieżąco, to do śmiechu nie było. Msza i ksiądz w Poraju stały się słynne. Mnie tam ksiądz szczęścia specjalnego nie przyniósł, gdy święcił Omegi uczestników regat, stanął akurat koło mojej i nieźle skropił ją święconą wodą, chyba przesadził, bo efektu w jeździe nie było. Na szczęście nie był to jeszcze Jan Rebec (jego czas nadszedł jakieś dziesięć lat później) a jedynie ostróda przez kolegów, z uwagi na kolor, nazywana sympatycznie (?!) „sraczkowatą”.
To tyle tytułem uzupełnienia wspomnień Yarka, który za owo uzupełnienie się pewnie nie obrazi (na pewno za to będzie twierdził, że z tym winem to on ma rację – uparciuch).
Andrzej gw-13.











